Następnego dnia przyszła do mnie Sophie. Przeprosiła mnie za to, że nie było jej przy mnie w szpitalu. Wytłumaczyła, że jej tata wyprowadził się do Hiszpanii, a ona pojechała tam razem z nim, aby zobaczyć jak tam będzie żył. Miała zostać tam na tydzień i nawet próbowała się do mnie dodzwonić żeby mi o tym powiedzieć, ale ja nie odbierałam. Fakt, wyłączyłam telefon już w szpitalu i nie zamierzam go włączyć tylko po to, aby słuchać jak inni ludzie mi współczują. Super, świetnie, po prostu bosko, że składają mi kondolencje, ale to tylko jeszcze bardziej rozszarpuje moje rany pozostałe po tej wielkiej miłości. Sophie oznajmiła, że od razu gdy dowiedziała się o naszym wypadku, nie zrobiła nic innego jak tylko pożegnała się z ojcem i pojechała na lotnisko, a potem wsiadła w pierwszy samolot lecący do Rosji, później w samolot lecący do Australii, do Melbourne i stamtąd miała dojechać autokarem do Gold Cast, czyli tam, gdzie mieszkamy. Takim sposobem miała być u mnie w szpitalu już 3 dzień po tym nieszczęściu. Jak na złość pierwszy samolot, którym leciała musiał lądować awaryjnie w połowie drogi. Tam czekała całą dobę na następną maszynę unoszącą się w powietrzu. Kiedy już się doczekała i wylądowała w Rosji nie chcieli jej wpuścić na pokład następnego samolotu, ponieważ jest niepełnoletnia. Długo prosiła funkcjonariuszy, ale dopiero jak wyjaśniła całą zaistniałą sytuację pozwolili jej lecieć do Melbourne. Gdy już tam dotarła, okazało się, że wszystkie autobusy, które jadą do naszego miasta zostały odwołane z powodu wielkiej mgły. Więc i tam spędziła całą dobę. Później w trakcie trasy, środek transportu się zespuł. Pasażerowie musieli czekać kilkanaście godzin na zastępczy autokar. Nim już dotarła do celu, ale dopiero w dniu pogrzebu Gabriela, więc przebrała się tylko i popędziła do kościoła, a potem na cmentarz. Kiedy zobaczyła w jakim jestem stanie, wiedziała, że nie chcę rozmawiać o tym co się stało i tak jak inni postanowiła dać mi spokój i zostawić mnie samą. Jestem jej za to na prawdę wdzięczna. Po opowiedzeniu tej długiej historii przytuliłyśmy się do siebie, rozpłakałyśmy się, a potem w milczeniu spędziłyśmy resztę dnia.
Przez kolejne tygodnie nie miałam ochoty żyć. Siedziałam w swoim pokoju, prawie nic nie jadłam, jedynie to, co przyniosła mi mama z nadzieją, że chociaż to uda jej się we mnie wcisnąć. Connor’a wysłała do babci, żeby nie widział w jakim jestem w stanie, bo mogłoby się to udzielić także jemu. Następnie przyszedł czas na zmianę o 180 stopni. Czułam, że kiedy jem, to choć na chwilę zapominam o śmierci ukochanego. Wychodząc z takiego założenia jadłam prawie cały czas. Z Sophie spotykałam się o wiele rzadziej niż dotychczas, ponieważ nie miałam ochoty na „pogaduchy” i tego typu sprawy. Ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę, dlatego zbyt często się do mnie nie wpraszała.
Minęły 2 miesiące. W dalszym ciągu nie pogodziłam się z własnym losem. Co jakiś czas mama mówiła mi o nowych propozycjach występów w różnego rodzaju klubach. Za każdym razem odmawiałam. Nie miałam siły pokazać się publicznie. Całkowicie zaniedbałam lekcje śpiewu, co też było przyczyną rezygnacji z tych małych koncertów. Zaniedbałam nie tylko moją pasję, ale również szkołę. Rok szkolny rozpoczął się już miesiąc temu, a ja ani razu nie pokazałam się w murach uczelni. Kiedy mama zrozumiała, że szybko nie wrócę do szkoły, poprosiła dyrektora, aby pozwolił mi na rok przerwy od nauki i możliwość zaliczenia tej klasy w następnym roku. Dyrektor nie miał większych zastrzeżeń.
Pewnego dnia włączyłam radio i usłyszałam piosenkę, która wręcz idealnie opisuję sytuację, w której się teraz znajduję i zmieniłam zdanie. Dotarło do mnie, że Gabryś na pewno nie chciałby, abym odcinała się od świata, dlatego przyjęłam następną propozycję występu. Mogłam sobie wybrać, co zaśpiewam i zdecydowałam się na kilka utworów Avril Lavigne. Nigdy za nią nie przepadałam, ale w tym momencie, jej piosenki, w pewnym sensie dawały mi siłę. Takim sposobem pierwszy raz wyszłam z domu 3 miesiące po pogrzebie. Jednak miałam dosyć duży problem aby ubrać się na własny koncert, ponieważ w większość ubrań się po prostu nie mieściłam. Nie zdziwiłam się za bardzo. Każdy by przytył, gdyby jadł tyle co ja przez poprzedni miesiąc.
Wracając z występu, który udał się jak żaden dotychczas, zobaczyłam, że coś jest w skrzynce na listy. Poszłam do domu po kluczyk do niej i wyjęłam jej zawartość. W pliku rachunków był także list do mnie. Otworzyłam go. Było to zawiadomienie o zbliżającym się bilansie. Musiałam się na nim stawić już za 2 tygodnie. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, zwłaszcza, że musiałam dojechać do miejsca badań, a było ono oddalone od mojej miejscowości o jakieś 50 km. Zupełnie mi się to nie uśmiechało…
Za pieniądze, które zarobiłam na koncercie, postanowiłam kupić mamie jakiś prezent, za to, że była dla mnie taka wyrozumiała przez te kilka miesięcy. Do tego dokupiłam także zabawkę dla Connor’a, który miał już wrócić do domu. Czułam się winna, że musiał spędzić tak długi czas z babcią, a nie z mamą i własną siostrą. Wiedziałam, że to było dla jego dobra, ale gdybym ja szybciej pogodziła się z losem, on szybciej mógłby wrócić. Jednak to już czas przeszły, a jego nie da się cofnąć, choć tak bardzo mi na tym zależało. Czasami śni mi się, że jestem z Gabrielem na tym balu, na który jechaliśmy w dniu tego nieszczęsnego wypadku. Przytulamy się, całujemy. Bawimy się w najlepsze, aż w końcu budzę się i niekontrolowanie wybucham płaczem. Ten czas już nigdy nie wróci, a ja już nigdy nie będę tak szczęśliwa jak byłam wtedy.
Chwilę po tym jak wstałam z łóżka, usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na początku myślałam, że ktoś zwyczajnie do mnie dzwoni i podeszłam do urządzenia tylko po to, aby je wyłączyć i mieć spokój, jednak to było przypomnienie. Ujrzałam tekst: „Bilans” i zamarłam. JAK JA TAM DOJADĘ ?! Tak… To jest podstawowe pytanie… Przecież autobusem tam nie pojadę! Ohhh… No i w co się ubiorę ?! W nic się nie mieszczę! Zaczęłam przeszukiwanie mojej szafy. Bluzkę znalazłam, ale nie mogłam dopiąć się w żadne spodnie! Wtedy przypomniałam sobie, że miałam jedne za duże jeansy, które przywiozła mi do szpitala mama Gabriela… Tylko gdzie one mogą być… O! Już wiem! Rzuciłam się biegiem w stronę szafy mamy. Po wyjściu ze szpitala oddałam je jej, ponieważ wręcz mi spadały. Od razu je znalazłam i szczęśliwie się w nie zmieściałam. Teraz została jeszcze kwestia tego jak dojadę na badania… Włożyłam telefon do kieszeni od spodnii i próbowałam znaleźć dobre wyjście z tej sytuacji. Mogłam zadzwonić do Xavier’a, bo wiedziałam, że akurat ma urlop, bo planował go już od długiego czasu, ale nie chciałam mieć z nim już nic wspólnego… W końcu stwierdziłam, że nie ma innego rozwiązania. Wyciągnęłam komórkę i już wybierałam numer, kiedy zoorientowałam, że wraz z telefonem trzymam w ręce również jakiś papierek. Z ciekawości sprawdziłam co jest na nim napisane. To co zobaczyłam prawie zwaliło mnie z nóg. Bóg jednak nade mną czuwał… Albo szczęście, bo przecież po wypadku nie byłam już taka pewna, czy Bóg w ogóle istnieje… Na kartce widniał numer do chłopaka, który zaczepił mnie na przystanku autobusowym, kiedy wracałam do domu ze szpitala. Tamtego dnia oferował mi pomoc, ale nie wiem, czy „podwózka” też się do tego wliczała. Cóż, raz kozie śmierć. Wstukałam jego numer i usłyszałam sygnał. W duchu modliłam się, aby nie zlekceważył mnie tak jak ja go tego pamiętnego dnia…
- Halo?
- Yyy… Cześć… Mówi Ellie. Nie wiem czy mnie jeszcze pamiętasz… Wiesz, taka rozpłakana dziewczyna, którą spotkałeś na przystanku autobusowym jakieś dwa i pół miesiąca temu…
- O ja! No tak, pamiętam cię. Nie sądziłem, że się kiedyś odezwiesz…
- Uwierz, nie zawracałabym ci głowy, ale jestem w kropce. Masz prawo jazdy ?
- Jasne! Podwieźć cię gdzieś ?
- A mógłbyś ? – spytałam z nadzieją w głosie.
- Pewnie, gdzie tylko chcesz!
- Więc… Muszę dojechać do Yamanto, to jest 50 km stąd…
- Nie ma sprawy… I tak nie mam teraz nic ciekawszego do roboty… O której mam po ciebie być ? I gdzie ?
- Jak najszybciej i w Gold Coast na Bermuda Street.
- Okej, będę za jakieś 20 minut. Do zobaczenia!
- Dziękuję! Jestem ci winna przysługę. Pa!
Spakowałam potrzebne rzeczy i „czekałam na mojego wybawiciela”, a tak właściwie… JAK ON MA NA IMIĘ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz