29 listopada 2012

Rozdział 7

Droga strasznie się dłużyła. Nie wiem czy to zrządzenie losu, czy też korki na drogach. Kompletnie zatraciłam się w swych myślach. Nie potrafię sobie wyobrazić bólu jego matki. Gdybym ja straciła dziecko…po prostu nie mieści mi się to w głowie chować własną pociechę. Kogoś, kogo kochało się od pierwszych dni jego istnienia w swym łonie. Kogoś, o kim marzyło się już od dzieciństwa. Wiem, że nie jestem w stanie wczuć się w jej ból, ale mnie również dotknęło to wydarzenie. W sumie, to nie mnie jedyną. Gabriel miał bardzo dużo znajomych, kilku dobrych przyjaciół i całą masę osób, która go kochała. Było dużo osób, którzy go wielbili, zazdrościli, ale przede wszystkim wspierali. A teraz? Teraz pozostała pustka. Pustka, po kimś, kto był warty podziwu. Był oparciem w każdej sytuacji. Był takim aniołem stróżem chadzającym po ziemi. Nie wiem jak mam dziękować Bogu za to, że zesłał go na mą drogę. Czuję się winna za to co się stało. Gdybym to ja usiadła z przodu, Gabriel żyłby. Wolałabym, żeby to mnie zabrakło, niż jego. Beze mnie jakoś daliby sobie radę, a ja nie wiem jak bez niego sobie poradzę. Jestem w totalnej rozsypce, a jak sobie pomyślę, że chcieliśmy być już razem na zawsze, to po prostu odechciewa mi się żyć. Cofam wszystko co powiedziałam o tym, że wezmę się w garść i tak dalej… Po czymś takim nic nie będzie takie samo. Ciągle mam wrażenie, że on tylko wyjechał. Że wróci cały i zdrowy. Że przytuli mnie tak jak zawsze, splecie nasze palce…
- Halo, proszę pani, to ostatni przystanek. Musi pani wysiąść – usłyszałam za uchem.
- Ach tak, przepraszam, zamyśliłam się. Już wychodzę – grzecznie przeprosiłam i opuściłam pojazd. Roztrzęsiona kierowałam się w stronę kaplicy. Dopiero teraz spostrzegłam się, jak bardzo popsuła się pogoda. Zaczęło kropić, ale kompletnie się tym nie przejęłam, bo byłam już prawie na miejscu. Już od samej bramy kaplica była oblegana przez tłumy ludzi. Zatrzymałam się przy wieży. Od razu podeszły do mnie ciotki Gabriela i wypytując jak się trzymam próbowały mnie jakoś podtrzymać na duchu. Nie ukrywam, że ucieszyłam się na ich widok. Pamiętam jak je poznałam. To było w ostatnie święta Bożego Narodzenia. Spędziliśmy je wyjątkowo w domu Gabriela, bo przeważnie odbywały się one na plaży. Pamiętam, że wtedy jego mama przygotowała ogromny stół jedzenia. Były tam różnego rodzaju pierogi, które kobieta nauczyła się robić, gdy przyjechali do nich krewni z Polski. Bardzo mi smakowały. Oprócz tego był indyk oraz szynka na zimno. Gabryś bardzo chciał, żebym poznała jego rodzinę. Chciał ich przygotować na to, że pragniemy być już razem na zawsze. Bardzo ciepło przyjęli mnie do swojego grona. Niestety nie dało się przewidzieć tego, co się stanie. Obecne wydarzenia wywróciły nasze plany o trzysta sześćdziesiąt stopni. Jest mi z tym ciężko, bo miało być tak pięknie, a wyszło tragicznie. Nie umiem sobie wyobrazić co będzie dalej. Czy ponownie zamknę się w sobie? Będę płakać jak wtedy, kiedy umarł nasz ukochany piesek? Boże, czy jestem już na tyle zdesperowana, że porównuję śmierć człowieka ze zdechnięciem zwierzaka? Zadaje stanowczo za dużo pytań. Lepiej zrobię skupiając się na nabożeństwie, które za chwilę się zacznie.
Zajęłam najbardziej odosobnione miejsce w kaplicy. Nie było tam nikogo prócz mnie. Nikogo nie dziwiło moje zachowanie. Doskonale wiedzieli w jakim jestem stanie. Czułam strach i panikę, a żal na zmianę przeplatał się z tęsknotą. Wiedziałam, że po raz ostatni zobaczę jego twarz, dotknę jego dłoni. Nie tracąc czasu skierowałam się w stronę otwartej trumny. Nie wiem czy powinnam, ale nachyliłam się nad nim i po raz ostatni musnęłam jego wargi. Mą duszą zawładnął impuls. Nie wiem czy to normalne w takiej sytuacji. Przestałam się tym przejmować, kiedy poczułam spływające łzy. Po raz ostatni spojrzałam na chłopaka i kiedy chciałam wrócić na swoje miejsce, po raz kolejny pojmał mnie impuls. Z impetem zdjęłam z szyi moją ulubioną apaszkę i ułożyłam ją na dłoniach Gabriela. Chciałam żeby tam, w niebie choć raz na jakiś czas pomyślał o mnie, poczuł mój zapach. W tym momencie prosiłam Boga, by sprawił, żeby Gabryś nie zapomniał o mnie, o nas. Wtedy odwróciłam się i wróciłam na swoje poprzednie miejsce. W tym czasie po kaplicy rozbrzmiał się dźwięk chóru kościelnego.
Po skończonym nabożeństwie, wraz z rodziną mojego chyba już byłego chłopaka udaliśmy się na cmentarz położony na przeciwko świątyni. Kiedy doszliśmy na miejsce, gdzie mieli pogrzebać Gabrysia, rozpłakałam się. Nie potrafiłam się z tym pogodzić, że nigdy więcej nie dotknę jego dłoni, nie poczuję zapachu jego perfum. Już nic nie będzie takie same. Wszystko straciło dla mnie sens. Już nie widzę przyszłości dla mnie. To koniec. Ja nie potrafię tak żyć, to zbyt trudne. Świadomość tego wszystkiego mnie przeraża. Z tego wszystkiego przestałam panować nad sobą i wybiegłam z cmentarza najszybciej jak się tylko dało. Chciałam od tego uciec, najdalej jak tylko się da. Biegłam, a krople deszczu z momentu na moment zwiększały swoją masę. Nawet nie zatrzymałam się przy przystanku, by dojechać autobusem do domu. Biegłam dalej niczym się nie przejmując. Moim jedynym celem było znaleźć się w domu. Nie chciałam nikogo spotkać na swej drodze, po prostu chciałam być już w swoim domu i schować się tam przed całym światem.
Przemoczona wbiegłam do domu. W połowie drogi strasznie się rozpadało, więc trochę zmokłam. Nic nie mówiąc pobiegłam do swojego pokoju. Po zamknięciu za sobą drzwi, od razu przeszłam do zmiany ubrań. Te mokre rzuciłam gdzieś w kąt, a sama schowałam się pod kołdrą, tak jak to miałam w planach. Cały czas płakałam. Starałam się uspokoić, ale to nic nie skutkowało. Kiedy przyszła do mnie mama, to również nie podziałało. Próbowała mnie pocieszyć, ale ja wiedziałam, że to po prostu nic nie da. Będzie mi go brakowało, bardzo brakowało. Jedno wiem… Nigdy nie zapomnę tych cichutkich kroków po schodach. Tych jego kroków, które zawsze słyszałam, kiedy szedł do mnie. Nikt inny nie wydawał takich dźwięków wchodząc po nich. Tego jestem pewna, pozostanie to w mej pamięci do końca mych dni.
Obiecuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz