Gdy tak rozmyślałam, niespodziewanie zasnęłam. Śnił mi się jakiś długi most. Wokół była szara, gęsta mgła. Prawie nic nie widziałam. W oczy rzucał mi się tylko ten most. Wyglądał jak przejście, jednak nie mogłam dostrzec co było na jego drugim końcu. Po pewnym czasie przyglądania się tamtemu miejscu, coś nagle mignęło. Myślałam, że sie przewidziałam, ale z sekundy na sekundę widziałam to coraz wyraźniej. To był Gabryś. Machał do mnie z uśmiechem na twarzy, jakby chciał mnie zapewnić, że od teraz już wszystko będzie dobrze. Ruszyłam w jego stronę, ale nagle on zniknął. Wyglądało to jakby rozmył się w powietrzu… Jak duch… Krzyknęłam za nim, żeby na mnie zaczekał, ale było już za późno. Nie widziałam go. Czułam, że go straciłam. Wiedziałam, że coś jest nie tak, tylko nie do końca orientowałam się co…
Chwilę później się obudziłam. Zobaczyłam tylko zapłakaną twarz mamy Gabriel’a. Przez moment myślałam, że wciąż śpię, lecz niestety to okazało się rzeczywistością.
- Dlaczego pani płacze ? – zapytałam z przejęciem.
- Ohh… Dziecko… – tylko to udało jej się wyjąkać przez łzy.
Próbowałam ją uspokoić, ale nie dawałam sobie rady. Nagle przypomniałam sobie, co mi się śniło. Miałam w głowie ułożony najgorszy scenariusz. Nigdy nie byłam zbyt gorliwą katoliczką, ale w tym momencie zaczęłam błagać Boga, aby to wszystko okazało się tylko moim wymysłem, wyobraźnią…
Na korytarzu dostrzegłam pielęgniarkę. Wręcz błagalnym tonem zawołałam ją do sali. Powiedziała, że bardzo się spieszy, ale ja musiałam wiedzieć co się dzieje.
- Wie pani na jakiej sali leży Gabriel Michaelson ?
- Tak… – odpowiedziała, jakby niecałkiem zrozumiała pytanie.
- Moge wiedzieć co z nim ? Obudził się już ? Bo z tego co słyszałam, to był w śpiączce…
- Kochana… Nie mogę udzielić tobie tej informacji, ale siedzi przy tobie jego matka. Zapytaj ją. Wybacz mi, ale muszę już biec na inną salę. – po tych słowach wyszła, a ja spojrzałam pytającym wzrokiem na panią Michaelson.
- Proszę mi powiedzieć jak on się czuję. Błagam !
- Gabriel… On… On nie żyje ! – mówiła wybuchając jeszcze większym płaczem.
Moje przeczucia okazały się prawdą. Mój sens życia, jedna z niewielu osób, które doskonale mnie rozumiały odezła ode mnie. Nie mogłam pohamować potoku łez… Zastanawiałam się, dlaczego ten świat jest tak niesprawiedliwy ? Dlaczego karze niewinnych ludzi ? W jednej chwili odechciało mi się żyć. Nie minęło wiele czasu, jak zorientowałam się, że Gabriel przyszedł do mnie w śnie, aby się w pewnym sensie mnie pożegnać i przygotować na wiadomość jaka czekała mnie po przebudzeniu. Tylko dlaczego to on zginął ? Dlaczego nie mogłam to być ja ?! W tym momencie przypomniałam sobie jak do tego wszystkiego doszło. Jechaliśmy na bal, ale nie byliśmy sami. Pamiętam, że samochód prowadził ktoś inny. Nie mogłam marnować czasu. Łamiąc zasady, wyszłam z łóżka zostawiając panią Michaelson samą na sali, i podbiegłam do lekarza, którego zobaczyłam wychodzącego z jakiegoś pomieszczenia.
- Panie doktorze, orienuje się pan kogo przywieźli dzisiaj z wypadku samochodowego ?
- Tak… Jedną z tych osób byłaś ty, prawda ?
- Tak… Mógłby mi pan powiedzieć gdzie leży trzecia osoba tego nieszczęścia ?
- Bardzo bym chciał, lecz przywieziono do nas tylko ciebie i chłopca, który jakiś czas temu od nas odszedł…
- Ale jak… ? Pamiętam, że w samochodzie nie byliśmy sami ! Ktoś kierował !
- Ahh… Tak… Ten mężczyzna miał zawał podczas prowadzenia, a chwilę później rozbiliście się o drzewo. On zginął na miejscu… Przykro mi…
- Znaczy, że tylko ja przeżyłam… ? – czułam jak ogarnia mnie panika.
- Tak… A teraz proszę wracać do swojej sali. Dobrze wiesz, że nie powinnaś z niej wychodzić. Poza tym jest już 3 nad ranem, radziłbym się choć trochę przespać, bo jutro czeka cię masa badań. Do tego możesz się spodziewać wizyty psychologa i policji. Będą chcieli abyś opowiedziała im jak doszło do tej katastrofy…
- Dobrze. – odpowiedziałam i ruszyłam w stronę łóżka. Teraz na sali byłam już tylko ja. Pani Michaelson została odwieziona do domu.
Lekarz dotrzymał obietnicę i przez cały dzień byłam na baniach. Wyniki miały być jutro. Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku, bo nie chcę spędzić w tym miejscu ani minuty dłużej niż będę musiała.
W dniu, kiedy otrzymałam wyniki, odwiedziła mnie mama z Connor’em. Ona była pierwszą osobą, która dokładnie sprawdziła, czy na pewno z badań nie wyszło, że coś mi jest. Connor był jak zwykle radosny i próbował mnie za wszelką cenę rozśmieszyć swoimi nowymi kawałami, które sam wymyślił. Bardzo chciałam zrobić mu przyjemność i śmiać się wraz z nim, ale nie byłam jeszcze na tyle silna. Zdaję sobie sprawę, że zrobiłam mu wielki zawód moim zachowaniem, ale obiecałam sobie, że jeszcze to naprawię.
Pomimo dobrych wyników, lekarze zdecydowali, że zatrzymają mnie jeszcze na jakiś czas w szpitalu, na obserwację. Te dni były chyba najcięższymi w całym moim życiu. Dopiero teraz zrozumiałam, co to znaczy prawdziwy ból i tęsknota. Każdej nocy śniło mi się, że siedzę z Gabrysiem na moim łóżku i rozmawiamy, przytulamy się. Zawsze jak się budziłam, wybuchałam niepohamowanym płaczem…
W końcu nadszedł ten wypragniony czas, aby wyjść z tego okropnego miejsca zwanego szpitalem. Licząc dzień wypadku, spędziłam tam aż tydzień. Dzisiaj jest niedziela, pogrzeb Gabriela, więc do domu idę tylko aby się przebrać i jadę na cmentarz. Wychodząc z pogotowia myślałam o tym, co będzie jak zobaczę zwłoki mojego (teraz już byłego) chłopaka. Nie mogłam znieść tych myśli i ponownie rozpłakałam się. Płakałam idąc na przystanek i czekają na autobus w kierunku mieszkania. Nie potrafiłam powstrzymać łez, to było silniejsze ode mnie…
- Ej, wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy? – usłyszałam znany mi męski głos. On należał do Gabriela. Wiedziałam to doskonale. Szybko podniosłam głowę do góry i spojrzałam na chłopaka. Nie. Nie! To nie może być prawda! Musiałam się przesłyszeć. Cała nadzieja zniknęła w ciągu sekundy. Wybuchłam jeszcze większym płaczem.
- Powiedziałem coś nie tak? Jeżeli o to chodzi, to przepraszam… Nie chcę się wtrącać w nie swoje sprawy, ale może na prawdę potrzebujesz jakiegoś wsparcia… – ze współczuciem w głosie ponownie odezwał się młody mężczyzna.
- Skoro nie chcesz się wtrącać, to tego nie rób! – wydusiłam przez łzy.
- Wybacz… Myślałem, że dobrze zrobię pytając…
- To nie myśl, bo to ci nie wychodzi najlepiej! – krzyknęłam prawie dusząc się łzami.
- Okej, okej. Spokojnie… Opowiedz co się stało, będzie ci lepiej… Niech zgadnę, rozstałaś się z „miłością swojego życia” ?
- Facet! Odwal się ode mnie! Dla twojej wiadomości tydzień temu mój chłopak zginął w wypadku samochodowym, którym też jechałam! Właśnie wyszłam ze szpitala, czekam na autobus, którym pojadę do domu się przebrać i jadę na jego pogrzeb!
- Jeny… Przepraszam… Jak ja coś powiem… Na prawdę mi przykro. – odpowiedział ze skruchą.
- Co z tego, że ci przykro?! To nie zwróci mu życia! Zostaw mnie wreszcie!
- Jak sobie życzysz, ale tu jest mój numer telefonu, – podał mi jakąś kartkę – zadzwoń jak zmienisz zdanie i będziesz chciała porozmawiać…
Wcisnęłam ten skrawek papieru do kieszeni spodni i wsiadłam do autobusu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz